Niech ktoś zatrzyma czas… czyli 3 miesiące za nami
Mamą być

Niech ktoś zatrzyma czas… czyli 3 miesiące za nami!

Mój młodszy Synek Krzyś kończy dziś 3 miesiące. Przed jego narodzinami spędziłam w domu równo 2 lata i teraz nie mogę po prostu uwierzyć, jak teraz czas szybko leci. Leci, mhm… on zasuwa! Żeby nie powiedzieć jeszcze dosadniej. To już 3 miesiące od kiedy jesteśmy rodzicami dwójki. Czasem jest duży chaos, zmęczenie, brak cierpliwości, ale jednocześnie jest więcej luzu w opiece nad młodszym, dużo odpuszczania i dbania o nas, no i przede wszystkim po stokroć więcej miłości, bo są aż dwa „dzidziusie” do kochania. Jak to zleciało?

Zacznijmy od początku

Ciąża, niby nie choroba, ale od początku była pełna „niespodzianek”. Problemy zaczęły się już w 5. tygodniu, jeszcze zanim zdążyłam pójść do lekarza. Tydzień niepewności, a później prawie 3 miesiące siedzenia w domu i robienia najlepiej nic. Z 2-latkiem na pokładzie. Później miesiąc powrotu do normalności, po to by kolejne 3 musieć leżeć i w międzyczasie odwiedzić jeszcze szpital na tydzień.

Z maluszkiem było cały czas wszystko w porządku, ale trzeba było bardzo kontrolować rozwój tych wszystkich „atrakcji”, żeby był bezpieczny i żeby nie urodził się zbyt wcześnie. Do tego pandemia spowodowała, że musieliśmy bardzo ograniczyć wszelkie kontakty, a Piotruś jakiś czas musiał być z nami w domu, żeby nie przywlec nam czegoś ze żłobka. Lekko nie było. Ja zajmująca głownie sofę w salonie i dwulatek, którym ktoś się musi zająć. No i mąż, który dwoił się i troił, żeby ogarnąć nas, dom i jeszcze pracę. Było nam trudno, ale jestem z nas dumna, bo daliśmy sobie radę i nawet dużo nie narzekałam! 😉

Jeszcze chwila i będziemy wszyscy razem!

Nad ranem obudziły mnie delikatne skurcze. Miałam już takie wcześniej, ale wtedy czułam, że chyba się zaczyna. Połaziłam chwilę po mieszkaniu i skurcze były co kilka minut. Obudziłam męża mówiąc, że to chyba już, ale nie spieszmy się, bo nie jestem pewna 😀 Poszłam się wykąpać i później wody zaczęły się sączyć, wiec wiedziałam na pewno, że to już. Nie wiem skąd miałam wtedy tyle spokoju w sobie. Dopakowałam walizkę, wyjęłam synkowi placki z zamrażalnika, bo stwierdziłam, że na owsiankę to nie mamy czasu… 😀 Zebrałam się powoli, zadzwoniłam po mamę i pojechaliśmy.

Uważam, ze mój pierwszy poród był dobry. Marzyło mi się, żeby drugi był podobny. Ale nie przypuszczałam, że będzie jeszcze lepszy i do tego szybszy. Co prawda lekko nie było, było kilka momentów trudniejszych niż za pierwszym razem, ale chyba cały ten mój spokój, krótszy poród i dobra opieka sprawiły, że po porodzie byłam przeszczęśliwa i totalnie wdzięczna, że był jaki był. Cały dzień trzymały mnie te emocje i ogromna wdzięczność zarówno z przebiegu porodu, jak i faktu, że już mam to za sobą. No i byliśmy w końcu w komplecie. Zdrowi.

I jak z tym ogarnianiem dwójki?

No jakoś idzie. Raz chaos, raz spokój. We dwójkę z dwójką łatwiej 😉 W pojedynkę też się da, ale już większym kosztem. Podziwiam wszystkie mamy, które są codziennie same z dziećmi przed długie godziny. Wiem, że da się ogarnąć, ale wiem też, jak można się czuć po takim dniu. Czasem uda się wypić ciepłą kawę, ale czasem dzieci jakby się umawiały i dają na maxa popalić dokładnie w tym samym momencie, że nie wiadomo, którym dzieckiem zająć się najpierw. No, lekko nie jest 🙂

Pierwsze chwile razem

Jak wróciliśmy ze szpitala, to czułam totalny chaos, musiałam sobie trochę posprzątać, rozpakować walizki, poprać kilka razy, żebym czuła, że mam cokolwiek pod kontrolą 😀 Byłam ogólnie w jakimś takim napięciu. Przeszczęśliwa i chcąca robić wszystko, ale trochę jednak przytłoczona nową sytuacją. To uczucie zeszło ze mnie chyba jakoś po tygodniu i potem już było lepiej. Kiedyś napisałam nawet wpis o tym, jak ułatwić sobie początki z dzieckiem i nadal jest w 100% aktualny!

Szara codzienność?

Pewnie dni wyglądają podobnie, ale szaro to nie jest! Może nie zawsze jest lekko, ale na pewno kolorowo! W pierwsze trzy miesiące taki dzidziuś rośnie tak szybko, że każdy kolejny dzień to nowe odkrycia! No jak tu się nudzić? 😉 Mamy z mężem podział. On ogarnia starszego, a ja młodszego. Każdy ma swoją kąpiel i każde z nas ma swoje pieluchy 😛 Jak mąż jest w pracy, a Piotruś w żłobku, to ja mam czas tylko dla młodszego Synka, a i w domu coś tam uda się ogarnąć.

Piotruś był dość łaskawym niemowlakiem – nie mylić z bezobsługowym i nigdy niepłaczącym (tutaj możecie przeczytać wspomnienia z naszych pierwszych wspólnych miesięcy: 1. miesiąc, 2. miesiąc, 3. miesiąc). Wszędzie słyszałam, że drugie to przeciwieństwo i już zastanawiałam się jak bardzo Krzyś da nam popalić. A tu niespodzianka i młodszy braciszek współpracuje równie dobrze jak starszy.

Śpi przyzwoicie. W nocy się budzi, jak to niemowlak, ale nie jakoś przesadnie często. W dzień nie ma jakichś ekstremalnie długich drzemek, ale i na macie poleży z „kumplami” i w łóżeczku znajdzie sobie jakąś rozrywkę. Oczywiście ma też gorsze dni, kiedy potrzebuje być blisko (czyt. na rękach) przez większość czasu. Ale na pewno nie jest dzieckiem “wiszącym na mamie”. Mamy więc czas na przytulasy, ale i obiad pozwoli ugotować. Jest totalnie towarzyskim dzieckiem! Wystarczy na niego spojrzeć, a on od razu się śmieje. Jest najbardziej słodkim 3-miesięcznym dzieckiem i codziennie się powstrzymuję, żeby go nie pożreć jak najlepszego cukierka 😉

Czy ktoś wie jak zatrzymać czas…?

Dziś Krzyś skończył 3 miesiące i przyznam, że ten dzień był się dla mnie trudny emocjonalnie. Zwyczajnie smutny. Przy pierwszym dziecku chyba nie odczuwałam tego w ten sposób. Z pierwszym dzieckiem odkrywa się wszystko na nowo, człowiek się dopiero uczy wszystkiego i chyba tak nie analizuje, a jeśli analizuje to inne rzeczy. Przy drugim wiem, że muszę celebrować te chwile, bo widzę jak szybko się zapomina takie drobne szczegóły. Jak widzę te pierwsze uśmiechy, słyszę gaworzenie i obserwuję co ten mały człowiek wyczynia w łóżeczku, to stwierdzam ze smutkiem, że nie pamiętam tych rzeczy z czasów pierwszego dziecka. Nie pamiętam już jak to dokładnie było, a to wszystko jest takie urocze i chciałabym móc przywoływać te chwile w moich wspomnieniach. I chociaż mam zdjęcia, to nigdy nie oddają one tego, co widzimy oczami, tak na żywo. Nie da się po prostu tego uchwycić 🙁

W te pierwsze tygodnie, miesiące, dziecko rośnie tak szybko i tak ekspresowo się wszystko zmienia, że nie nadążam. Nie nadążam rejestrować w pamięci tego wszystkiego, co bym chciała. Wstaję rano i patrząc na moje dziecko myślę, że przecież wczoraj nie był taki duży! I chociaż wiem, że każdy kolejny etap w rozwoju dziecka jest super, wyczekuję kolejnych umiejętności i tych wszystkich magicznych chwil, to ja dziś marzę o tym, żeby zatrzymać czas. Tak na kilka miesięcy, żeby jeszcze przez jakiś czas, mój mały dzidziuś był takim samym małym dzidziusiem, jakim jest dziś. Aż ściska mnie w gardle jak to tym myślę i przeraża mnie tempo z jakim upływa czas.

Czuliście się kiedyś podobnie? A może ktoś jednak wie, jak zatrzymać czas…?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *